Nie ma czegoś takiego jak smok

W pewnej krótkiej książce dla dzieci chłopiec znajduje w swoim domu małego smoka. Smok jest niewielki, mieści się na łóżku i wydaje się raczej nieszkodliwy. Gdy chłopiec mówi o nim mamie, słyszy spokojną odpowiedź: „Nie ma czegoś takiego jak smok”.

Problem w tym, że smok nie znika.
Rośnie.

Im bardziej jest ignorowany, tym staje się większy. Zajmuje więcej miejsca, przestawia meble, w końcu zaczyna przesuwać cały dom. Dopiero gdy ktoś wreszcie przyznaje: „Tak, jest smok”, sytuacja zaczyna się stabilizować.

To opowiadanie bywa czytane jako metafora dziecięcej wyobraźni. Z punktu widzenia psychologii i fizjologii można jednak zobaczyć w nim coś więcej: bardzo precyzyjny opis mechanizmu unikania i jego kosztów.

W poprzednich częściach tej serii pisałem o dominacji układu współczulnego i o tym, że przewlekłe zmęczenie często nie wynika z braku energii, lecz z utrzymywania organizmu w stanie czuwania. Jednym z czynników, który podtrzymuje ten stan, jest właśnie ignorowanie problemów, które wymagają rozwiązania.

Układ nerwowy nie reaguje wyłącznie na to, co dzieje się tu i teraz. Reaguje również na to, co jest niedokończone, niezaadresowane i stale monitorowane w tle.

W psychologii od lat opisuje się zjawisko paradoksalnych efektów tłumienia. Klasyczne badania Daniela Wegnera nad „białym niedźwiedziem” pokazały, że im silniej staramy się nie myśleć o danym bodźcu, tym częściej on powraca. Próba eliminacji myśli prowadzi do jej częstszej aktywacji poznawczej. Mechanizm ten nazwano ironicznym procesem kontroli umysłowej.

Z fizjologicznego punktu widzenia ma to sens. Aby coś ignorować, trzeba to monitorować. A monitorowanie oznacza utrzymywanie aktywności systemów odpowiedzialnych za czuwanie i kontrolę.

Podobnie działa unikanie problemów emocjonalnych czy życiowych. Badania nad tzw. experiential avoidance — unikaniem przeżyć wewnętrznych — pokazują, że strategia polegająca na odsuwaniu od siebie trudnych tematów wiąże się z wyższym poziomem stresu, nasileniem objawów lękowych i obniżoną regulacją emocjonalną.

Z perspektywy autonomicznego układu nerwowego ignorowany problem nie przestaje istnieć. On pozostaje jako sygnał nierozwiązanej sytuacji. Organizm utrzymuje gotowość, bo „coś jest nie domknięte”. To może być konflikt, decyzja odkładana miesiącami, niezałatwiona sprawa zawodowa, czy napięta relacja.

Każdy z tych elementów jest jak mały smok. Sam w sobie może być niewielki. Ale jeśli codziennie dokładamy do niego monitorowanie, analizowanie, odkładanie i unikanie — zaczyna zajmować coraz więcej przestrzeni poznawczej i fizjologicznej.

W literaturze dotyczącej stresu przewlekłego opisuje się pojęcie obciążenia allostatycznego — kosztów utrzymywania organizmu w stanie mobilizacji przez długi czas. To nie pojedyncze zdarzenie wyczerpuje zasoby, lecz utrzymywanie systemu w gotowości bez realnego rozładowania.

Ignorowanie problemu nie wyłącza układu współczulnego.
Często go utrwala.

Co ciekawe, badania nad konfrontacją i akceptacją pokazują coś odwrotnego. Sam akt nazwania problemu i uznania jego istnienia zmniejsza aktywację struktur limbicznych odpowiedzialnych za reakcję lękową. Gdy doświadczenie zostaje nazwane i przestaje być unikane, reakcja fizjologiczna może się obniżyć.

Nie oznacza to, że każdy problem należy rozwiązać natychmiast. Czasem rozwiązanie wymaga czasu. Ale różnica między „nie ma smoka” a „widzę, że jest smok” jest z punktu widzenia układu nerwowego ogromna.

Pierwsza postawa wymaga ciągłego monitorowania zagrożenia, które „nie powinno istnieć”.
Druga pozwala przejść z trybu czuwania do trybu planowania.

Układ nerwowy dużo łatwiej się wycisza, gdy sytuacja jest rozpoznana, nawet jeśli jeszcze nie jest rozwiązana, zaś najbardziej kosztowne bywa trwanie w stanie zawieszenia.

Być może dlatego przewlekłe zmęczenie tak często współistnieje z tematami, które „nie są duże”, ale są stale odsuwane. Niewielkie, jak smok na łóżku. Do momentu, gdy zaczynają przesuwać cały dom.

Zostaw komentarz

Koszyk